tiberian-sun

Command & Conquer: Tiberian Sun — recenzja gry


Kto by pomyślał, iż jedna książka amerykańskiego pisarza Franka Herberta, na zawsze odmieni gatunek gier komputerowych, jakimi są strategie. Książką tą jest sławna „Dune”. Na jej podstawie kiedyś, dawno temu, powstała gra przygodowo-strategiczna o tym samym tytule. Po niej ukazała się kolejna gra ze znaczkiem „2”, jednak tym razem to, w co przyszło nam grać, było czymś zupełnie nowatorskim, a co najważniejsze – genialnym! Narodził się wtedy nowy gatunek „Real Time Strategy”, w skrócie zwany „RTS”.

Dune 2, (jak na czasy, w których powstała) była grą doskonałą. Nawet dziś, gdy czasem powracam do niej, nie mogę się nadziwić, jak firmie Westwood (bo to ona właśnie wydała Dune 2), udało się stworzyć coś tak klimatycznego i grywalnego. Po wspomnianej Dune 2 ukazała się cała masa gier wykorzystujący pomysł na RTS, takich jak „Warcraft”, czy Command & Conquer”. Gry te wprowadzały ze sobą coraz to lepsze rozwiązania techniczne ułatwiające nam kontrolę nad całą akcją gry. Teraz – po latach, Dune 2 powraca z dodanymi do dwójki trzema zerami, by powalić konkurencję na kolana. Nie będę ukrywał, iż na kolejną część Dune (opatrzoną magiczną liczbą „2000”) czekałem z niecierpliwością. Autorzy zapowiadali, iż gra powali wszystkich na kolana. Termin wydania był przekładany kilkakrotnie, a równocześnie – dla podgrzania atmosfery, co jakiś czas rzucano prasie nowe, bardzo ładne screeny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały, iż gra stanie się hitem. W końcu się doczekałem. W napięciu przystąpiłem do instalacji tak wyczekiwanej gry.  Pierwsze wrażenia były całkiem pozytywne: atrakcyjne pudełko z grubą, ładną, liczącą sobie pięćdziesiąt sześć stron instrukcją w środku, a instrukcja zawiera sporo dość atrakcyjnego tekstu, co tak naprawdę jest dzisiaj rzadkością. Możemy tu przeczytać obszerny opis sytuacji na „Arrakis”, (czyli  „Dune”), poznać bliżej panujące na niej warunki, jak również przeczytać o trzech wielkich rodach zabiegających o Dune. Są tu naturalnie również opisy jednostek, budowli, a nawet kilka porad dla początkujących („jak grać by wygrać”). Instrukcja zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Potem przyszła kolej na śliczne, przejrzyste menu, doskonale spełniające swą funkcję oraz intro, które choć niesamowicie podobne do tego z części drugiej  – zostało dość ładnie zrealizowane. Nadal mój nastrój nadal był bardzo dobry i nic nie zapowiadało katastrofy… Jeszcze tylko wybór strony i zaraz się zacznie – pomyślałem.Podobnie, jak  w  poprzednich częściach – do wyboru mamy podstępnych Ordosów, prawych Atrydów i złych do szpiku kości Harkonnenów. Zanim ostatecznie zdecydujemy się na daną stronę, możemy zobaczyć rodzimą planetę danego rodu, jak również dowiedzieć się o nim kilku istotnych informacji. Wtedy, gdy już ostatecznie zdecydujemy się na którąś ze stron, przychodzi czas na filmowe wprowadzenie w misję, do złudzenia przypominające to znane nam z Command & Conquer. Owe przerywniki filmowe towarzyszą nam przez całą grę, oczywiście pomiędzy misjami. Wspomniałem już, że podobieństwo przerywników filmowych do tych z Command & Conquer jest niesamowite, lecz niestety – nie dorastają one im do pięt. Prawie przez cały czas oglądamy w nim naszego mentora, który coś tam gada i prawie nic poza tym. Szkoda, bo dzisiejsza technika pozwala na znacznie więcej i obecny stan rzeczy wynika jedynie z niedbalstwa twórców, którzy w „Dune 2000” poszli na łatwiznę i uznali, że gadanina mentora powinna nam wystarczyć, a nie wystarcza!

Kolejna „atrakcja” to grafika podczas właściwej rozgrywki. Żywcem przypomina ona tę z „Command & Conquer: Red Alert” i jest – krótko mówiąc – raczej niedzisiejsza, czyli innymi słowy – słaba. Może trochę przesadzam i nie jest aż tak źle, ale mogłoby być znacznie lepiej. W ogóle to, co widzimy jest ewidentnie zerżnięte z Command & Conquer. Wszystko –  poczynając od interfejsu, gdzie (tak, jak w C&C) mamy dwa przewijane pionowe paski (jeden z budynkami, a drugi z jednostkami), poprzez budynki wyrastające w charakterystyczny sposób dla serii Command & Conquer (co w sumie wygląda ładnie, ale jest jednak zerżnięte), na zachowaniu się piechoty (podobnie, jak w C&C – kładzie się i staje się prawie niezniszczalna) kończąc, jest zerżnięte z C&C. Taka jest smutna prawda. Można by to nawet wybaczyć, gdyby wyeliminowano takie błędy jak wspomniana piechota, która kładąc się staje się niesamowicie odporna. Wyobraźcie sobie, iż jeden ludek z karabinkiem jest w stanie zniszczyć czołg lub zabić pięciu gości z bazookami! To jest jakaś paranoja! Kolejną sprawą jest inteligencja komputerowego przeciwnika. To, co przyszło mi „podziwiać” było żałosne. Nie wiem, jak można było dopuścić do czegoś takiego?! Nasz przeciwnik jest równie „inteligentny” co w Dune 2. Oznacza to kompletny brak myślenia, ciągłe liniowe ładowanie się małymi grupkami pod nasze lufy i ewentualnie zmasowane ataki, w których jedynym atutem przeciwnika jest ilość posiadanych jednostek! Nasze wojska również kiepsko reagują na ataki, co prowadzi do tego, że każda ze stron buduje ogromne ilości jednostek i stara się zalać nimi nieprzyjaciela. Zero strategii, myślenia, czyli rozwoju inteligencji. Liczy się tylko szybkość, z jaką budujemy nasze jednostki i struktury. Można tu nawet robić takie „przekręty”, jak podjechanie jakąś jednostką pod wrogi czołg, który strzelając do nas z bliskiej odległości będzie sam sobie robił krzywdę i nie pomyśli o tym, by się trochę odsunąć. Natomiast, jeśli chodzi o jednostki i budynki  – to mamy tu dokładnie to samo, co w Dune 2. Żadnych innowacji – tylko stare, dobre jednostki, które jednak dawno już zdążyły się znudzić. Dlaczego nie ma nowych jednostek? To chyba pozostanie tajemnicą do końca istnienia naszej cywilizacji.  Co prawda pograć można, ale tylko wtedy, gdy nie ma się kompletnie nic innego do roboty, bo przy pierwszych misjach – gdzie mamy małe zróżnicowanie jednostek i struktur – człowiek dosłownie zasypia, a dalsze misje to wyścig o to, kto pierwszy zaleje wroga swym morzem jednostek. Powstaje pytanie: „czy ta gra ma plusy?”. Jeden na szczęście znalazłem. Jest nim doskonała muzyka. Tak, właśnie muzyka jest największym i chyba jedynym plusem Dune 2000. Czyż to nie żałosne? I pomyśleć, że gra zapowiadana była jako wieli przebój, który miał zniszczyć konkurencję! Gdyby chociaż muzyka była w formacie CD-Audio – można by jej sobie posłuchać przy jakiejś okazji, a tu „figa”. Jest jeszcze dodany tryb Multiplayer, ale sądząc po wykonaniu gry, wygląda na to, że nikt nie zechce z niego korzystać, a przynajmniej nie w naszym pięknym kraju, gdzie za połączenie trzeba płacić tak bajońskie sumy.

Podsumowując: z przykrością stwierdzam, iż Dune 2000 jest wielką pomyłką i rozczaruje większość z Was. Jedynie zagorzali fani, którzy wielbią wszystko, co w tytule ma „Dune” mogą sięgnąć po ten tytuł, wyłącznie po to, by dodać go do swej kolekcji. Pozostali powinni okrążyć ową grę wielkim łukiem, bo gra jest nudna i fatalnie zrealizowana. Niska inteligencja jednostek i inne tego typu zjawiska, są w stanie skutecznie obrzydzić życie każdemu człowiekowi.  Ta gra to pomyłka. No i powiedzcie mi, co autorzy tej gry robili przez tyle czasu? Bo zmiana grafiki i muzyki nie mogły przecież aż tyle trwać!

FacebookGoogle+TwitterPinterestLinkedInBlogger Post

Komentarze