LEGO: Władca Pierścieni – recenzja gry

Testowana platforma:

Ocena: 7,0

Plusy:
+ cała trylogia w jednej grze
+ masa bohaterów i poziomów do eksploracji
+ ładna oprawa graficzno-dźwiękowa

Minusy:
- co-op tylko offline
- sporadyczne błędy kamerzysty


Śródziemie, Pierścień, Sauron, Frodo i Gollum. Który to już raz przyjdzie nam przemierzać niebezpieczne światy, wykreowane przez J.R.R. Tolkiena i fantastycznie odzwierciedlone przez Petera Jacksona? Prawdę mówiąc, to straciłem już rachubę. Gry na podstawie filmowego Władcy Pierścieni raz bywają lepsze, raz gorsze, a mimo wszystko zawsze są towarem o zwiększonym potencjale marketingowym. Jak na tym tle zaprezentowało się LEGO Władca Pierścieni? Tego dowiecie się z recenzji.

Plastikowe Śródziemie

Odpowiedzialne za grę studio Traveller’s Tales od zawsze słynęło z produkcji solidnych gier zręcznościowych dla całej rodziny. Niechlubnym wyjątkiem jest tutaj jedynie Rascal, który miał być odpowiedzią na Super Mario 64, a okazał się być absolutnie niegrywalnym potworkiem. Na prawdziwe uznanie musieli jednak czekać dość długo, a przyszło ono wraz z premierą pierwszej odsłony LEGO Star Wars. Pomysł na wybuchową mieszankę filmowego klasyka z duńskimi klockami okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i zapoczątkował modę na klockowe adaptacje największych filmowych, oraz komiksowych hitów. Oprócz Gwiezdnych Wojen, z tematem LEGO zmierzyli się m.in.: Indiana Jones, Batman, Harry Potter i Piraci z Karaibów, a to nie wszystkie licencje, jakie w tej chwili przychodzą mi do głowy. Nawet Rock Band doczekał się własnej, klockowej adaptacji i odniósł całkiem spory sukces.

Najnowszą produkcją z tego popularnego uniwersum jest LEGO: Władca Pierścieni, które niedawno zagościło na sklepowych półkach. Podobnie jak inne gry z serii, obejmuje swym zakresem całą filmową trylogię, a nie poszczególne jej części, co cieszy niezmiernie i dobrze świadczy o producentach. Streszczenie fabuły wydaje mi się zbędne, bo każdy miłośnik fantastyki zetknął się z prozą Tolkiena w tej, czy innej formie. Jeśli jednak znajdzie się wśród Was ktoś, komu jakimś cudem umknął Władca Pierścieni, lub dopiero zamierza się z nim zapoznać – oto kilka słów wyjaśnienia. Akcja książek, filmów i recenzowanej tu gry toczy się w Śródziemiu, fantastycznym świecie, którego największą populację stanowią ludzie, elfy i krasnoludy. Rasy te otrzymały w dawnych czasach dziewiętnaście pierścieni, które rozdysponowane zostały pośród najważniejszych władców. Nikt jednak nie spodziewał się, że istnieje jeszcze jeden, najpotężniejszy pierścień, którego mroczna moc potrafi przejąć władzę nad pozostałymi. W posiadanie owego pierścienia wszedł pewnego dnia młody hobbit Frodo, będąc całkowicie nieświadomym mocy, jaka drzemie w niepozornym kawałku złotego kruszcu. Szybko jednak dowiaduje się od maga Gandalfa, jakie niebezpieczeństwo spłynie na świat, gdy ów pierścień wejdzie w posiadanie swego twórcy, Saurona. W takich oto okolicznościach Frodo rozpoczyna długą wędrówkę ku Górze Przeznaczenia, w której to pierścień ma spocząć na dobre i oddalić widmo nieuniknionej zakłady Śródziemia. W trakcie swej podróży, hobbit napotka wiele barwnych postaci – jedne będą mu towarzyszyć i walczyć u jego boku, inne z kolei czyhać na życie bohatera. W tle rozgrywać będzie się cała masa intryg, zdrad i przygotowań do ostatecznej wojny Dobra ze Złem.

Wirtualne klocki są lepsze, bo się nie gubią.

Osadzenie akcji w świecie wykreowanym za pomocą klocków i zastąpienie głównych bohaterów klasycznymi lego-ludkami wskazuje na jedno – gra przeznaczona jest w głównej mierze dla młodszych graczy. Wiele tytułów z serii rzeczywiście wykazywało taką tendencję, jednak LEGO Władca Pierścieni delikatnie wyłamuje się z tej tradycji. Owszem, poziom infantylności jest stosunkowo wysoki, jednak miłośnicy książek Tolkiena i filmowych adaptacji Jacksona, a są to na ogół gracze trochę starsi, także odnajdą tutaj spore pokłady zabawy. Przede wszystkim nie sposób pomylić żadnego z bohaterów – każdy został odwzorowany bez pudła i idealnie przekonwertowany na plastikową postać. Frodo, Boromir, Gandalf, Gimli, Sauron – długo by wymieniać. Nawet Gollum, którego pokraczną sylwetkę trudno byłoby przedstawić w formie klasycznego klockowego ludzika, zachowuje kilka zabawkowych cech i bawi wymalowanym na plastikowej głowie grymasem. Wzorem ostatniej, osadzonej w uniwersum DC odsłony serii, także i tutaj bohaterowie wygłaszają swoje kwestie. Zrezygnowanie z charakterystycznego dla gier sygnowanych znaczkiem LEGO bełkotu ograniczyło trochę dawkę komizmu, jednak w przypadku Władcy Pierścieni taki wybór okazał się wyjątkowo trafny. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że głosy aktorów zostały żywcem wycięte z filmowej adaptacji trylogii. Podobnie jak i muzyka, której znajome brzmienie momentalnie przenosi w fantastycznie wykreowany świat.

Punktów zbieżnych z kinową adaptacją jest tutaj bez liku. Animowane przerywniki, którymi raczeni będziemy pomiędzy poszczególnymi poziomami, stanowią wierną kopię filmowych klatek – te same ujęcia kamery, dialogi i wiernie odtworzona sceneria. Jedyną różnicę stanowią bohaterowie, których wymieniono na kanciaste, połyskujące tworzywem sztucznym figurki. Tu i ówdzie trafi się jakiś żart, który odzwierciedlać ma charakterystyczny dla LEGO humor, jednak ciężko w tym przypadku mówić o dowcipach wielkiego kalibru. Jest to raczej element rozluźnienia klimatu, który przecież do najlżejszych nie należy.

Z platformy na platformę i z piąchy go.

To co w serii LEGO się nie zmienia, to schemat rozgrywki i najnowsza odsłona nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Poszczególne poziomy stanowią na ogół mieszankę trójwymiarowej platformówki z uproszczoną, chodzoną bijatyką, w której to eliminujemy wrogów i zbieramy wypadające z nich klocki. Cała fabularna kampania opiera się na pokonywaniu kolejnych poziomów, zgodnie z książkowym i filmowym pierwowzorem. Prawdziwa siła tkwi jednak w odpowiednim wykorzystaniu możliwości, jakie dają poszczególni bohaterowie. Drużyna Pierścienia składa się w końcu z wielu zróżnicowanych indywiduów, więc każdy z nich dostanie swoje pięć minut sławy. Stuprocentowe zaliczenie LEGO Władca Pierścieni zmusi graczy do ponownych odwiedzin znanych już lokacji – niektóre z niedostępnych wcześniej miejsc stają otworem, gdy w ekipie znajdzie się odpowiednio wyposażony kompan, więc czeka na Was sporo zabawy w lizanie ścian i główkowania na poziomie średniozaawansowanym. Im więcej sekretów uda się znaleźć, tym więcej dodatków czeka na odblokowanie. To, oprócz stylistyki, najbardziej klockowy element gry. Któż w dzieciństwie nie czuł dumy, gdy w jego zbiorach znalazł się rzadki rodzaj lego-ludka? Elementy kolekcjonerskie nadają grze głębi i sprawiają, że nie grozi jej przedwczesna emerytura na zakurzonej półce. Cieszy też obecność trybu kooperacji, choć dostępnego tylko w formie lokalnej, z typowym podziałem ekranu na pół. Gra w towarzystwie daje sporo frajdy, a przy okazji nie musimy więcej wściekać się na średnio rozgarniętą SI konsolowych towarzyszy. Całość jest w stanie zapewnić kilkanaście godzin sowitej rozrywki, w trakcie której z rzadka dochodzi do napadów znużenia. Poczucie uczestnictwa w spektakularnej wyprawie jest niezwykle silne i w niczym nie ustępuje produkcjom stworzonym na licencji filmowego pierwowzoru, a w wielu aspektach je przewyższa.

Wyprawa warta rozważenia.

O grafice nie będę pisał zbyt wiele, bo trzyma ona poziom poprzednich produkcji Traveller’s Tales. Dodam od siebie, że wiele elementów otoczenia odwzorowano z wiernym filmowemu oryginałowi realizmem, co zabawnie kontrastuje z plastikowymi bohaterami. Wszystko to prezentuje się nad wyraz dobrze – płynna animacja, efekty świetlne i przepiękne lokacje szybko nie dadzą o sobie zapomnieć. O dźwięku wspominałem już wcześniej. Oryginalne, filmowe dialogi w połączeniu z muzyką Howarda Shore’a spisują się doskonale.

Czy coś nie zagrało? Kuleje czasami praca kamery, która nie potrafi uchwycić optymalnej perspektywy dla przedstawionej akcji. Na szczęście LEGO Władca Pierścieni nie zalicza się do produkcji o frustrującym poziomie trudności, więc źle wymierzone skoki szybko przyjdzie Wam powtórzyć. Formuła serii nie zmienia się od lat, ale nic z tym nie da się zrobić. Gry się sprzedają, są starannie przygotowane i nie widzę powodu, dla którego LEGO miałoby przechodzić jakąkolwiek metamorfozę. Być może szał kiedyś się skończy, a rynek nasyci kolejnymi odsłonami klockowej sagi, ale na to chyba jeszcze ciut za wcześnie. Nowości przyniesie LEGO City Undercover, lecz cieszyć się nim będą na razie tylko posiadacze Nintendo Wii U. Są jacyś na sali?